Cieszmy się i radujmy z tego wszyscy. Nareszcie dodaję ten piekielnie nudny pierwszy rozdział. Tylko po to aby poznać głównych bohaterów i rozpocząć, wbić się w rytm.
Może komuś się spodoba, mnie niestety nie...
Walory Dorosłości
Mundungus Fletcher zawsze sądził, że będzie mu ciężko opuszczać Hogwart. Swoją szkołę, za którą mimo wszystko całkiem przepadał. W pewnym stopniu jakiś indywidualny azyl, przystań, enklawę dobra i pokoju w świecie okrucieństwa, bestialstwa. Słyszał tyle opowieści o tym, jak to uczniowie kochają tą szkołę. I do tego bez żadnego konkretnego powodu. Kochają ją za sam fakt istnienia. Większych bzdur nigdy nie słyszał! Wytłaczali takie wymysły, aby nie straszyć swoich potomków, ile to zła, rozczarowania i nienawiści tutaj zaznali. Podobno najważniejsze jest pierwsze wrażenie, szczególnie dla dzieci. Natomiast Mundungus uważał za najważniejsze to ostatnie odczucie, to ono zostawiało największą spuściznę, odciskało największy ślad w jego psychice. A była to radość. Większa nawet od tego przerażenia, które odczuwał pierwszego dnia, gdy przekroczył progi tej szkoły. Doświadczał radości z powodu tej wolności, którą będzie się mógł teraz rozkoszować.
- No to jak, Dung? Idziemy?
- Tak, tak, po co to przeciągać?
I ruszyli sztywnym krokiem w kierunku powozów, które już na nich czekały. Edmund zatrzasnął drzwiczki i dodatkowo zamknął je zaklęciem ‘Colloportus’. Kilku młodych Ślizgonów wrzeszczało pod zaprzęgiem, że zajmują sześcioosobowy pojazd we dwójkę.
- Profesorze Peters?
Mężczyzna podniósł nieco wzrok znad jakiegoś starego żurnala i zlustrował ciemnymi oczyma urozmaiconą cynicznym uśmieszkiem twarz kompana. Ten natomiast parsknął śmiechem.
- Ha, i tu cię mam, Mundy. – Peters obrzucił go pełnym irytacji spojrzeniem, nigdy nie lubił zdrabniać swojego imienia. – Muszę cię tego oduczyć, już nie jesteś profesorem!
- Jestem nim, aż do czasu naszej wysiadki na londyńskim dworcu. Podobnie jest z tobą, ty też nadal jesteś tylko uczniakiem, moim podwładnym. – Oznajmił profesor Peters i z nieco poprawionym, przez widok oburzonej buźki przyjaciela, humorem, powrócił do lektury.
Dung niby z braku ciekawszego zajęcia również zainteresował się gazetą. Z niemałym rozczarowaniem zauważył, iż słowa wypisane są w jakimś nieznanym mu języku. Zadowolił się samymi zdjęciami.
Z jednego machała jakaś ładna, roześmiana modelka, najprawdopodobniej reklamowała kosmetyki. Kolejna ilustracja przedstawiała Józefa Wrońskiego, najlepszego szukającego ostatnich lat, trzymającego pomiędzy palcami cztery złote znicze. Na następnej jakiś ogromny troll uderzał maczugą w białego króliczka, który, aby uniknąć przykrego losu, za każdym razem odskakiwał w lewo. Na ostatniej fotografii trójka dzieci stała pod niewielkim, zardzewiałym samolotem, wszyscy mieli nieco pochmurne miny. Jedno z nich bardzo rzuciło mu się w oczy, był to około piętnastoletni chłopiec, bardzo przystojny, miał czarne włosy i takie znajome rysy twarzy…
- Mundy, czy to… - zaczął nieśmiało, niestety nie było mu dane skończyć. Peters zwinął czasopismo w rulon i wsunął do kieszeni.
- Pora wysiadać! – Oświadczył.
Szybko przetransportowali się do pociągu i zamknęli w przedziale. Mieli jeszcze dużo czasu do odjazdu pociągu, więc Mundungus postanowił odwiedzić swoich dawnych kumpli. W końcu już się prawdopodobnie nigdy nie spotkają. Odnalezienie właściwego przedziału zajęło mu trochę czasu, trafił do niego w tym samym momencie, w którym pociąg wyruszył. Ku jego nieszczęściu stało się to tak gwałtownie, że upadł na podłogę. Klnąc pod nosem podniósł się i chwycił klamkę najbliższych drzwi.
- Dzień dobry, chłopcy. – przywitał się i już po chwili żałował tych słów.
W przedziale siedziały same przedstawicielki płci przeciwnej, w dodatku były półnagie, gdyż przebierały się w mugolskie stroje.
- Ja… - bąknął. Czuł, że zachowywał się jakby był pod wpływem zaklęcia ‘Confundus’.
- Tak, pomyliłeś przedziały, wiemy. – warknęła Susanah Chalayan, zakrywając się peleryną. – A teraz wypierdalaj stąd!
- Ja… ja już sobie lepiej pójdę. – odparł Dung, nie zważając na słowa dziewczyny i zamaszyście zamykając drzwi.
W zasadzie każdy normalny człowiek poczuł by w takiej sytuacji zawstydzenie, bądź chociażby gniew. Natomiast Fletcher był zupełnie obojętny wobec minionego zajścia. Podobnie jak wobec wszystkich jego kontaktów z kobietami, czuł zwyczajną bierność i pasywność. Cokolwiek z nimi związane było mu obojętne.
Czując narastające otępienie otworzył kolejne drzwi na lewo i ku jego uciesze siedziały w nim osoby, których szukał: oparty o zaparowaną szybę Credon Rookwood, przerzucający różdżkę z jednej do drugiej ręki Mardoniusz Travers oraz zmanierowany Ludovic Bagman spoglądający w stronę okna. Wszyscy sprawiali wrażenie wycieńczonych, pod oczami pojawiły im się sine cienie, byli nienaturalnie bladzi.
- Spójrzcie, kto do nas zawitał. – rzucił na przywitanie Ludo. Dung niedołężnie wykrzywił usta, starał się okazywać jakąkolwiek najmniejszą, dotkliwie i boleśnie żłobiąca dziurę w żołądku, chęć rozmowy z tymi idiotami. Z każdym momentem wygasała ona coraz gwałtowniej, drastyczniej. – Mój kum - Dung!
- Się masz, Dung. – bąknął Credon, który był dzisiaj wyraźnie strapiony.
Wszyscy troje rzucili sobie znaczące spojrzenia, nim Ludo ponownie przemówił.
- Musimy poważnie porozmawiać. – rzekł wyjątkowym dla niego, poważnym tonem.
Dung zaledwie kiwnął głową na znak chęci uczestnictwa w tej dyskusji, a Bagman od razu przeszedł do sedna.
- Musimy być pewni, nim zadamy to pytanie. – oznajmił ściszając głos prawie do szeptu. – Popierasz poglądy Czarnego Pana?
Mundungus nerwowo poruszył się na twardym siedzeniu. Zaistniałe pytanie nie tyle go zaskoczyło, co przeraziło. Sparaliżowało jego wnętrzności, język ugrzązł mu gdzieś w gardle, nie potrafił go nawet zlokalizować. Bardzo długo zastanawiał się nad odpowiedzią, a w szczególności nad jej konsekwencjami. Serce biło mu coraz szybciej, na twarzy poczuł palący żar, którego nie łagodziły nawet powiewy wiatru, dostające się do przedziału przez uchylone okno. Wytarł spocone dłonie o poplamioną koszulę i już zamierzał odpowiedzieć, gdy nagle zerwał się z miejsca. Stojąc w otwartych drzwiach, bąknął tylko na odchodne:
- Potrzebuję czasu.
Można by nazwać ten czyn tchórzostwem, ale za takie Mundungus uważał odpowiedź twierdzącą. Przeczącą – głupotą, a uchylenie się od odpowiedzi – jedynym odpowiednim wyjściem. Czym prędzej udał się do swojego przedziału, który, ku jego zaskoczeniu, był pusty. Zajął miejsce przy oknie, o które oparł gorący policzek.
Jego myśli nieustannie wędrowały tylko w jednym kierunku. W kierunku odpowiedź ‘tak’. Co by się stało, gdyby jego odpowiedź była twierdząca? Czy byłby ‘dobrym’ śmierciożercą? I jaka była reakcja Ludo na jego odpowiedź?
Nieznane mu były odpowiedzi na te pytania, wolał ich zresztą nie poznawać. Rozłożył się na trzech siedzeniach i zaledwie zamknął oczy, a już odpłynął do krainy snów.
- Hej, Dung! Dung!
Mundungus cały wzburzony przez przykrą pobudkę, jaką zafundował mu Edmund, przetarł przekrwione oczy i spojrzał na kompana.
- Kurwa, czego chcesz? – Warknął, bardzo dobrze wiedział, że jest nieuprzejmy, taki właśnie był jego zamiar.
- Wysiadamy. – Odrzekł nie tracąc ani krztyny animuszu po wypowiedzi Fletchera.
Dung postawił stopy na zawalonej bagażami podłodze i oparł głową na dłoniach, spoglądając na przyjaciela wynoszącego bagaże na korytarz. Krajobraz za oknem znieruchomiał i ukształtował się w peron dziewięć i trzy czwarte londyńskiego dworca Kings Cross. Stacja była strasznie zatłoczona, pod nogami ludzi plątały się bezpańskie, dzikie koty, kłęby kurzu, pyłów i innych nieczystości fruwały bezwiednie pośród czarodziejów różnych ras i poglądów, którzy przyjechali po swoje pociechy, aby uwięzić je w domach na najbliższe dwa miesiące.
Mundungus z satysfakcją stwierdził, iż jego rodziców nie ma na dworcu, jest wolny, może robić co tylko zechce. Nikt go nie będzie reformować ani umoralniać. Żadnych zakazów, nakazów czy też kar, zupełna beztroska.
- Wysiadamy. – Powtórzył stojący już na korytarzu Edmund. Większość uczniów posyłała mu zazdrosne spojrzenia, ponieważ mógł już wynosić bagaże przy pomocy zaklęć. Jak to dobrze być dorosłym…
Dwójka ubranych w mugolskie garnitury czarodziejów aportowała się z prowizorycznym trzaskiem pośrodku niewielkiego podwórka, które z powodu wielkich kontenerów na odpady przypominało bardziej śmietnisko niżeli jakikolwiek skwerek. Wyłożone ono było wielkimi, krzywo poukładanymi z wystającymi kantami płytami, co utrudniało szybkie ulokowanie kufrów w mieszkaniu.
- W jakich ty slumsach, kurwa, żyjesz? – Warknął Dung, wnosząc ciężki bagaż na pierwszy stopień skrzypiących ze starości schodów.
Przez całą drogę na przedostatnie piętro pięciopoziomowego budynku nikt się więcej nie odzywał, w tłumionej agonii i rozgoryczeniu przeklinali sąsiadów – mugoli, z powodu których musieli się męczyć z wnoszeniem bagaży po schodach. Gdy nareszcie dotarli pod odpowiednie drzwi, Edmund przekręcił klucz w zamku, którego szczęknięcie odbiło się echem po całym piętrze. Nacisnął mosiężną klamkę i otworzył drzwi.
- Witaj w domu, bracie. – Oznajmił i wprowadził, tym razem przy pomocy różdżki, kufry do wnętrza mieszkania.
Ophelia